Pierwokup, czyli o tym jak dzierżawca może obudzić się z ręką w nocniku

dzierżawa

Na skróty:

Jest takie stare powiedzenie, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Nie znam lepszego podsumowania tego, co dzieje się na polskiej wsi wokół umów dzierżawy gruntów rolnych.

Bo widzisz- większość rolników, których spotykam w kancelarii to ludzie uczciwi do bólu. Tacy, którzy podają rękę i to wystarczy. Tacy, którzy słowa dotrzymują. Tacy, którzy zakładają że skoro oni są w porządku, to świat dookoła też będzie. I właśnie dlatego trafiają do mnie zwykle wtedy, gdy jest już za późno.

Dzisiaj chcę z Tobą porozmawiać o jednym z takich przypadków „za późno”, czyli o prawie pierwokupu.

Zanim wjedziemy w przepisy, krótka uwaga. Wiem, że temat brzmi jak coś, co interesuje wyłącznie prawników, notariuszy i ludzi, którzy lubią czytać ustawy do poduszki, ale prawo pierwokupu to dokładnie ten rodzaj instytucji, która przez lata leży sobie w dokumentach cicho jak mysz pod miotłą, a potem decyduje o tym czy dalej gospodarujesz na danej ziemi, czy pakujesz maszyny i szukasz nowej działki, bo ktoś sprzedał grunt, który od lat dzierżawisz. Zapewniam Cię: ten jeden dzień prędzej czy później przychodzi.

Czym jest pierwokup, mówiąc ludzkim językiem

Wyobraź sobie taką sytuację. Dzierżawisz pole od sąsiada. Uprawiasz je od dziesięciu lat. Włożyłeś w nie pieniądze, czas i nerwy. Było wapnowanie, były nawozy, może drenaż, może walka z perzem jak Rzymianie z Hannibalem. Ziemia zaczęła wreszcie pracować tak jak powinna. I pewnego dnia sąsiad postanawia ją sprzedać. Może potrzebuje pieniędzy. Może dzieci nie chcą mieć nic wspólnego z gospodarstwem. Może sprawy spadkowe zrobiły swoje. Powody nie mają większego znaczenia.

Pytanie brzmi: czy właściciel może po prostu sprzedać tę ziemię komuś z drugiego końca województwa, a Ty masz się z dnia na dzień zwijać? Tu właśnie pojawia się prawo pierwokupu.

W dużym uproszczeniu jest to Twoje prawo do tego, żeby kupić nieruchomość na takich warunkach, jakie zostały uzgodnione z innym kupującym, czyli jeżeli właściciel chce sprzedać ziemię to przy spełnieniu określonych warunków nie powinien tak po prostu ominąć dzierżawcy.

W praktyce sprzedaż odbywa się w odpowiednim trybie. Najczęściej najpierw zawierana jest warunkowa umowa sprzedaży, a osoba uprawniona do pierwokupu dostaje szansę, żeby wejść w miejsce kupującego na tych samych warunkach. Brzmi dobrze? Oczywiście.

Tylko że prawo pierwokupu nie spada z nieba jak deszcz w czerwcu. Trzeba spełnić konkretne warunki. A jeśli się ich nie spełni to z pięknej ochrony zostaje tylko rozczarowanie.

Skąd się bierze prawo pierwokupu w dzierżawie

Przy nieruchomościach rolnych najważniejsza jest ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego, czyli słynna „UKUR”. To ona określa, kiedy dzierżawcy może przysługiwać ustawowe prawo pierwokupu. Od razu trzeba powiedzieć jasno: samo obrabianie cudzej ziemi przez wiele lat nie wystarczy. Nie wystarczy też to, że wszyscy we wsi wiedzą, że „to pole robi Tadeusz”.

Ustawa stawia konkretne warunki. Umowa dzierżawy powinna być zawarta na piśmie, mieć datę pewną i być wykonywana przez wymagany czas. Do tego dochodzą jeszcze warunki dotyczące samej nieruchomości, gospodarstwa dzierżawcy i celu dzierżawy.

Kodeks cywilny nadal ma znaczenie, bo opisuje ogólny mechanizm prawa pierwokupu. Natomiast przy dzierżawie gruntów rolnych nie można poprzestać na prostym przekonaniu: „dzierżawię, więc mam pierwszeństwo”. Nie. Tak to nie działa.

Chcę, żebyś zapamiętał jedną rzecz: prawo pierwokupu to nie prezent od państwa za samo to, że jesteś rolnikiem. To uprawnienie obwarowane warunkami. Jeżeli nie spełnisz warunków to z  pierwokupu robi się tylko piękna teorii.

Anegdota, która regularnie wraca w kancelarii

Opowiem Ci scenariusz, który w mojej praktyce powtarza się tak często, że nazywamy go między sobą „klasykiem pana Tadeusza”. Imię oczywiście zmyślone, ale historia – w różnych wariantach – siada naprzeciwko mnie kilka razy w roku.

Pan Tadeusz dzierżawi od ciotecznego brata jakieś dwadzieścia hektarów. Ziemia rodzinna, sentymentalna. Wszyscy się znają, wszyscy sobie ufają. Umowa? „Aaa, proszę pani, po co umowa. My się dogadaliśmy. Ja go znam od dziecka”. Pan Tadeusz płaci uczciwie. Czasem przelewem, czasem gotówką, czasem coś się rozliczy inaczej. Trochę pomocy, trochę przysługi, czasem jakiś słoik miodu, czasem pół świniaka na święta. Życie.

Trwa to dwanaście lat. Potem cioteczny brat umiera. Spadek przejmują dzieci, które mieszkają w mieście i nie bardzo chcą gospodarować na wsi. Pojawia się kupiec. Płaci dobrze. Spadkobiercy podpisują dokumenty, sprawa idzie szybko. Pan Tadeusz dostaje wiadomość: „Od stycznia proszę zwolnić ziemię. Sprzedaliśmy”. I wtedy przychodzi do kancelarii. Z rumieńcami. Z nerwami. Z teczką, w której nie ma umowy tylko kilka odręcznych notatek, jakieś pokwitowania, wydruki przelewów i wiadomości SMS. Pyta, co teraz.

Co mu mówię? Mówię prawdę. Że gdybyśmy mieli pisemną umowę dzierżawy z datą pewną, wykonywaną przez wymagany czas, moglibyśmy realnie rozmawiać o prawie pierwokupu. Mielibyśmy argumenty. Mielibyśmy podstawę. Być może udałoby się zawalczyć o tę ziemię. A tak mamy słoiki miodu, dobre wspomnienia i bardzo trudną sytuację procesową. Pan Tadeusz wychodzi z kancelarii cichszy niż wszedł.

I wiesz co? Wraca po dwóch tygodniach z drugą umową dzierżawy, którą ma podpisać z innym sąsiadem. Tym razem chce ją sprawdzić wcześniej. Tym razem chce datę pewną. Tym razem już wie, po co to wszystko.

Cały paradoks, czyli po co podpisuje się umowy

Tu jest sedno sprawy. Umów nie podpisuje się na dobre czasy. Na dobre czasy umowy właściwie nie są potrzebne. Kiedy wszyscy są w zgodzie, płatności idą na czas, sąsiedzi się szanują, a rodzina nie kłóci się o spadek to można funkcjonować nawet bez kartki papieru.

Tylko że umowy nie są od dobrych czasów. Umowy podpisuje się na wypadek złych czasów. Na wypadek śmierci. Choroby. Rozwodu. Spadku, który rozchodzi się po rodzinie jak pęknięcie po szybie. Sprzedaży komuś, kto nigdy nie miał gumiaków na nogach. Konfliktu o miedzę. Zmiany pokoleniowej. Zmiany planów. Zmiany charakteru człowieka, którego „przecież znam od lat”. I dopiero wtedy, kiedy te złe czasy przyjdą, okazuje się czy jesteś tym, który zadbał o dokumenty czy tym, który siedzi w kancelarii z teczką pełną pokwitowań i próbuje z nich zbudować most nad przepaścią.

Kilka rzeczy, które warto sprawdzić w swojej umowie

Skoro już rozkroiliśmy temat, zobaczmy co konkretnie powinno znaleźć się w dobrej umowie dzierżawy, jeśli chcesz mieć realną szansę na skorzystanie z prawa pierwokupu.

Mówię luźno, bo to nie jest podręcznik, ale są rzeczy których naprawdę nie warto pomijać.

Po pierwsze: forma pisemna i data pewna, czyli nie tylko „jakaś kartka”, ale dokument którego data została urzędowo potwierdzona. Najczęściej robi się to u notariusza, choć w praktyce istnieją też inne sposoby uzyskania daty pewnej. Wiem, że to brzmi formalnie. Wiem, że kosztuje parę złotych, ale to są często te parę złotych, które pewnego dnia mogą uratować dwadzieścia hektarów.

Po drugie: precyzyjne określenie przedmiotu dzierżawy. Działka po działce. Numer po numerze. Nie „pole za stodołą”. Nie „ten kawałek przy lesie”. W umowie powinny znaleźć się konkretne dane, tj. numery ewidencyjne działek, powierzchnia, obręb, a najlepiej również informacje z księgi wieczystej. Im mniej miejsca na domysły tym lepiej.

Po trzecie: czas trwania i faktyczne wykonywanie umowy. Przy prawie pierwokupu znaczenie ma nie tylko to, co wpisano w umowie, ale też od kiedy umowa jest faktycznie wykonywana. Dlatego warto zadbać o dokumenty potwierdzające płatności, korespondencję i wszelkie ustalenia między stronami.

Po czwarte: zapis o pierwokupie. Nawet jeśli prawo pierwokupu wynika z ustawy, warto wprost uregulować ten temat w umowie. Tak po prostu. Nie dlatego, że każdy zapis umowny automatycznie załatwia sprawę. Nie załatwia, ale dobrze napisana umowa porządkuje relację stron i zmniejsza ryzyko późniejszych sporów.

Po piąte: warunki rozwiązania, poddzierżawy, zmiany czynszu i rozliczenia nakładów, czyli te wszystkie „nudne” klauzule, których nikt nie czyta, bo przecież „i tak się dogadamy”. Tylko że potem bardzo często nie ma już z kim się dogadywać. Właściciel zmarł. Spadkobiercy się pokłócili. Ziemia została sprzedana. Strona się zmieniła. A ustne ustalenia nagle okazują się warte tyle, ile druga strona chce przyznać, że są warte.

Mała niesprawiedliwość natury prawnej

Powiem Ci szczerze, czasem siedzę przy stole z drugim pełnomocnikiem, negocjujemy umowę i oboje wiemy, że jakiś przepis jest oderwany od życia. Wymyślony przez kogoś, kto pewnie ostatni raz widział pole na wycieczce szkolnej. A mimo to musimy go stosować, bo takie jest prawo.

Polskie rolnictwo działa dziś w wyjątkowo trudnym otoczeniu prawnym i ekonomicznym. Rolnik musi pilnować nie tylko pogody, cen skupu, kosztów produkcji, paliwa, nawozów i dopłat. Musi też pilnować regulacji, które potrafią zamienić prostą sprawę w urzędową tułaczkę.

W tym kontekście prawo pierwokupu jest szczególnie ważne. To jedno z narzędzi, które może realnie chronić dzierżawcę, ale tylko pod jednym warunkiem. Że dzierżawca wcześniej zadbał o dokumenty. Bo prawo może dawać narzędzia, ale nie użyje ich za Ciebie.

Co zrobić, jeśli właśnie zorientowałeś się, że Twoja umowa jest słaba

Jeżeli czytasz to i myślisz: „no pięknie, ja mam dzierżawę na gębę od dziesięciu lat” to nie panikuj, ale też nie machaj ręką.

Po pierwsze: sprawdź, co masz. Umowę, aneks, przelewy, rachunki, pokwitowania, SMS-y, wiadomości, maile, potwierdzenia dopłat, cokolwiek co pokazuje, że dzierżawa istnieje i od kiedy. To wszystko może mieć znaczenie. Nie zawsze uratuje sytuację, ale lepiej mieć cokolwiek niż przyjść z pustymi rękami.

Po drugie: porozmawiaj z wydzierżawiającym. Spróbuj przekształcić ustne ustalenia w normalną pisemną umowę z datą pewną, konkretnym opisem działek i jasnymi zasadami. To nie jest rozmowa pod tytułem: „nie ufam Ci”. To jest rozmowa pod tytułem: „obydwoje chcemy mieć spokój, jeśli coś się kiedyś przydarzy”. Większość rozsądnych ludzi to rozumie. A jeśli ktoś od razu się oburza to właśnie dostałeś pierwszą żółtą kartkę i wtedy naprawdę warto się nad nią zastanowić.

Po trzecie: pokaż umowę komuś, kto się na tym zna. Najlepiej zanim podpiszesz. Nie po sprzedaży ziemi. Nie po śmierci właściciela. Nie wtedy, kiedy nowy nabywca żąda wydania działki. Tylko wcześniej. W prawie rolnym bardzo często różnica między „da się coś zrobić” a „niestety, jest za późno” mieści się w jednym podpisie, jednej dacie albo jednym brakującym załączniku.

Na koniec…

Wracając do tego piekła brukowanego dobrymi chęciami to  dzierżawa „na gębę” jest typowym przykładem dobrej intencji, która może skończyć się bardzo źle. Gdyż intencja jest świetna: zaufanie, sąsiedzkość, lojalność, wiara w drugiego człowieka. To są wartości, które na wsi nadal coś znaczą. I bardzo dobrze, że znaczą. Ale prawo nie zna intencji. Prawo zna dokumenty.

Dlatego kiedy następnym razem będziesz podejmować decyzję o dzierżawie – jako dzierżawca albo jako wydzierżawiający – pamiętaj, że spisanie umowy nie jest oznaką nieufności. Jest oznaką dojrzałości. Tej samej dojrzałości, która każe ubezpieczać dom, robić przegląd ciągnika i zostawić dzieciom testament.

Jeśli ten temat Cię zainteresował i chcesz być na bieżąco z tym, co warto wiedzieć o prawie rolnym, zapraszam Cię do obserwowania mojego profilu na TikToku, Facebooku lub Instagramie @prawodlarolnika.pl. Profil cały czas rośnie, a ja regularnie dorzucam nowe materiały o tym, na co rolnik powinien uważać.

Trybusz Kancelaria

zaangażowanie | profesjonalizm | spokój

Zadzwoń

Napisz


0
    0
    Twój koszyk
    Twój koszyk jest pustyWróć na stronę główną
    Przewijanie do góry

    Masz farmę wiatrową na swojej ziemi? Sprawdź, czy Twoja umowa naprawdę Ci się opłaca.

    Wielu właścicieli gruntów podpisywało umowy kilka lat temu – dziś okazuje się, że zapisy są niekorzystne, a wynagrodzenie zaniżone.

    Umowy można renegocjować!

    Przeanalizujemy Twoją umowę i pokażemy, gdzie możesz odzyskać pieniądze lub zabezpieczyć się na przyszłość.